Imieniny: Gertruda, Edmund, Maria, Małgorzata, Marek
<<< PRZEDROKI Z KSIAZEK
[ pokaz spis ]
Piotr Maroszek - "DZIEJE PARAFII RUSZCZA" - Rozdział V _ Okres likwidacji kolegiaty i upadku kościoła
/wszystkie prawa zastrzeżone/

V.
Okres likwidacji kolegiaty i upadku kościoła


1. Dramatyczna 1 połowa wieku XVIII

Wskutek ciągłych wojen, a szczególnie pustoszącej ziemie Małopolski wielkiej wojny północnej, pierwsza połowa wieku XVIII była złym czasem dla życia kościelnego. Był to okres postępującego kryzysu gospodarczego, rozprzężenia moralnego i powolnego rozkładu państwa, spowodowanego zwłaszcza przedkładaniem prywatnych interesów nad dobro Rzeczpospolitej. Postawa „prywaty” nieobca była wielu duchownym, którzy bardziej szkodzili Kościołowi niż mu służyli, chcąc jedynie osiągać jak największe zyski ze swoich prebend. Do rozwoju owego kryzysu szczególnie przyczyniały się częste przypadki zaniedbywania przez duchownych rezydencji przy kościołach oraz kumulowanie w jednym ręku dwu lub więcej beneficjów. Proboszcz, którego dochody były pomnożone przez tego rodzaju kumulację, wyręczał się będącymi na jego utrzymaniu wikariuszami, zwanymi również komendarzami. Bywało więc, że przy parafii rezydował on zaledwie kilka tygodni w ciągu roku .
Bezpośrednią przyczyną zaniedbania świątyni i parafii w Ruszczy było, typowe dla tamtych czasów, skumulowanie w ręku plebana kilku beneficjów, zaniedbywanie przezeń obowiązku rezydencji przy kościele oraz posługi duszpasterskiej. Podobnych wykroczeń dopuszczali się notorycznie niektórzy mansjonariusze. Natomiast beneficja scholastyka i prebendarza w ogóle nie były obsadzone.
Wpływ na zapaść życia parafialnego miało niewątpliwie opuszczenie swoich rezydencji w Branicach i w Ruszczy przez ród Branickich w wiekach XVII, a zwłaszcza XVIII. Tradycyjnie pełnili oni funkcję patronów kościoła, jednakże przez swą niebytność przy parafii nie byli w stanie należycie wypełniać zobowiązań. O patronacie ostatniego z Branickich i jego żony wspominam w kolejnym podrozdziale. Jeszcze w roku 1723 patron kościoła wraz z ówczesnym proboszczem Kacprem Podlaskim ponawiają erekcję beneficjów kościelnych z 1417 r. w niezmienionym kształcie . Nie wprowadzanie do fundacji żądnych innowacji spowodowało skostnienie.
Zwróćmy uwagę na wspomnianą już kolegiatę w Wojniczu, wcześniej prepozyturę, których to erygowanie miało charakter podobny do ustanowienia analogicznych struktur w Ruszczy. Kapituła prepozytury w Wojniczu została erygowana w 1465 r., na podstawie fundacji króla Kazimierza Jagiellończyka z 1460 r. Pierwotnie składała się z 3 prałatur. W wyniku rozwoju kapituły liczba prebend wzrosła do 13 – 7 prałatur i 6 kanonii w 1776 r . W przypadku Ruszczy nie nastąpił podobny rozwój, przeciwnie, ubyło duchownych co spowodowało, że stan z r. 1417 nie dał się utrzymać. Dokument z 1723 r. pokazywał jedynie ładną fasadę, za którą kryło się spustoszone wnętrze. Patron kościoła Jan Klemens Branicki musiał uzyskać pewną świadomość owej sytuacji, gdyż w 1738 r. zwrócił się z prośbą do metropolity krakowskiego o unormowanie beneficjów kościelnych, tak aby odpowiadało to rzeczywistości. W odpowiedzi na to podanie abp Jan Aleksander kardynał Lipski dokumentem z dnia 15 kwietnia 1739 r. zniósł przy kolegiacie w Ruszczy scholasterię i prebendę, wcielając ich uposażenie do prepozytury i pozostawiając prepozyta wraz z czterema mansjonarzami. Nas skutek tego aktu kościół utracił tytuł kolegiaty pozostając przy godności prepozytury .
Jednakże nawet postanowienia tej ustawy nie były przestrzegane. O przyczynach tego mówią nam mniej formalne źródła. Dramatyzm sytuacji zaistniałej w 1 poł. XVIII w. dobrze oddaje list, jaki dwaj wikariusze – księża Kazimierz Kołowicz i Mateusz Sarzyński – wysłali do patrona kościoła w Ruszczy, Jana Klemensa Branickiego . List ten, nie posiadający dokładnej daty, został napisany w latach czterdziestych XVIII w. Kapłani zwrócili się w nim do kolatora świątyni z apelem o ponowne ustalenie porządku służby Bożej w kościele, nad którym miał on pieczę. Stwierdzili oni jasno: z czterech mansjonarzy erygowanych w 1738 r., którzy winni pracować w parafii, pozostało jedynie ich dwóch – autorów skargi. Byli oni zmuszeni do pełnienia powinności liturgicznych, które czterech, a według dawniejszego porządku, siedmiu kapłanów pełnić powinno. Wikariusze skarżyli się, że nie tylko nie pobierali z tego tytułu dodatkowej pensji, ale nawet swojej własnej nie otrzymywali regularnie, stąd też często czuli się pokrzywdzeni. Rodzi się pytanie: dlaczego zaistniała tak fatalna sytuacja?
Po pierwsze: niekorzystny był sam sposób obsady mansjonarii w prepozyturach parafialnych. Mansjonariusze, mimo formalnej fundacji i erekcji ze strony władzy kościelnej, nie zawsze uzyskiwały osobowość prawną i były obsadzane przez proboszcza jako samodzielne beneficja z określonym wynagrodzeniem (prowizja) . Zatem wikariusze, chociaż byli wieczyście ustanowieni i na ich barkach spoczywał cały ciężar duszpasterstwa parafialnego, nie posiadali oddzielnych dochodów i byli zależni finansowo od proboszcza. Po drugie: księża wikarzy, którzy powinni byli pracować przy kościele w Ruszczy i z tego tytułu mieć tu utrzymanie, opuszczali parafię wkrótce po zjawieniu się na niej. Przyczyny tego były różne: kapłani albo nie otrzymywali swoich pensji; upominając się o nie u ks. proboszcza rezygnowali z ich egzekwowania, gdyż ten szantażował ich ujawnianiem popełnionych przez nich wykroczeń i naganami; albo też księża nie byli w stanie zamieszkiwać w domach dla nich przeznaczonych z powodu ich złego stanu.
Tak więc obraz duszpasterstwa parafialnego w pierwszej połowie XVIII w. był smutny – większość spośród kapłanów mających sprawować służbę Bożą w Ruszczy w ogóle jej nie podejmowała. Pozostali dwaj wikariusze twierdzili, że nie mają na swoim sumieniu „żadnego występku, z powodu którego mogliby być potłumieni przez x. proboszcza” i deklarowali „chcemy przy tym kościele służyć Bogu, i te które do nas należą święte powinności dopełniać” . Niestety, kapłani ci, najwidoczniej szczerze pragnący wypełniać swoje posłannictwo, nie mieli nawet odpowiednich warunków mieszkaniowych. Postanowili jednakże wstrzymać się z szukaniem dogodniejszego wiktu i opierunku. Zwrócili się natomiast w omawianym licie do kolatora kościoła, od którego zależały wszelkie fundusze niezbędne do funkcjonowania parafii, o rozwiązanie palącego problemu. Wprawdzie erekcja z 1738 r. dostosowywała beneficja do zaistniałego stanu rzeczy – likwidowała scholasterię i prebendę, wcielając dziesięciny przynależne do tychże do prepozytury i pozostawiając kolegium czterech mansjonariuszy - jednakże, jak donosili wikarzy, proboszcz zabierał uposażenia przypadające poszczególnym beneficjentom, stąd też postanowienia wspomnianego dokumentu w ogóle nie są przez niego przestrzegane. On sam – ubolewają mansjonarze – od ponad 30 lat nie rezyduje przy kościele; pojawia się raz lub dwa do roku „lecz tylko po pieniądze, które zabrawszy, nam nie zapłaciwszy, ani na reparację, ani na ozdobę kościoła, ani na światło nie zostawia i odjeżdża” . Autorzy listu proponują sposób rozwiązania problemu – proszą Jana Klemensa Branickiego, aby jako patron kościoła poprawił fundację i przyznał im uposażenia przysługujące ongiś scholasterii i prebendzie. Ze swojej strony zapewniali kolatora „starać się będziemy, żeby chwała Boska nie ustawała i zobowiązania (mszalne za) fundatorów i za długie życie i panowanie JO Pana naszego odprawiały się” .

Nie znamy żadnych źródeł, które mogłyby poświadczyć ewentualną odpowiedź hetmana Branickiego na skierowaną do niego prośbę. Nic nie wiadomo nam o tym, jakoby w erekcji parafii dokonano kolejnej zmiany. Mansjonariusze nie posiadali wówczas zbyt mocnej pozycji społecznej. Najprawdopodobniej ich apel pozostał bez odzewu.
O złym stanie parafii świadczy również jednostronicowy, nie datowany inwentarz, spisany najpewniej w tym samym czasie co list mansjonariuszy. Patron kościoła wysłał on do Ruszczy swojego inspektora, zapewne duchownego, który zaobserwował i opisał bardzo przykry stan kościoła i duszpasterstwa parafialnego. Nie ma powodów by przypuszczać, że obraz w nim przedstawiony jest fałszywy, nawet jeśli autor go nieco przejaskrawił. Na początku dokument zwraca uwagę na obowiązki mansjonariuszy; wylicza kolejno:
1. Codzienne odprawianie Mszy wotywnej o Najświętszej Dziewicy Maryi za fundatorów kościoła
2. Dwa razy dziennie, rano i popołudniu, śpiewanie cursus (oficjum) o NMP
3. W tygodniu odprawianie następujących Mszy: we wtorek sumy śpiewanej i requiem, w czwartek wotywnej za patrona kościoła, w piątek wotywy o Najświętszym Sakramencie. Prócz tego sprawowanie Sacro Sancte, czyli oficium divinum
4. W każdą niedzielę i święto odprawianie sumy za parafian, wotywy o NMP i nauczanie egzorty i katechizmu, zaś w święta głoszenie kazań.
Co się tyczy porządku kościoła Bożego.
Odpusty ustały zupełnie przez niedostatek światła, bo żeby nie ołtarz bracki Matki Boskiej, nigdy by lampa przy Sanctissimum nie gorzała, i świecy by żadnej po ołtarzach innych nie było, gdyż na to Prześwietny Prepozyt szeląga ze swoich profitów nie daje. Ołtarze wszystkie lecą. Stalle, ławki, ambona, przez starość robaki stoczyły. Posadzka z cegły, ale (są w niej) doły miejsce wedle miejsca. W zakrystii szafy zdezelowane. Aparaty wziąwszy, plus minus, ornatów 10 we wszystkich kolorach, inne nadające się jedynie do spalenia. Kapy tylko dwie całe, alby żadnej całej nie masz. Inna zaś bielizna ani prania ani reparacji nie pamięta. Mszały tylko dwa jakiekolwiek. Organy zdezelowane, nie grają, bo miechy zgniły. Dzwonnica, kostnica, ogrójec, zegar – to wszystko spustoszało. Wierzch (czyli dach) na wieży i na kościele tylko łaska Boska utrzymuje. Mury kościelne nadwątlone. Probostwo, rezydencje księży (wikariuszów) zdezelowane, nigdy nie reperowane, przez częste odmiany księży, tudzież z powodu absencji Prześwietnego Prepozyta.
Kantor czytać nie umie ani pisać, organista mało co. U Pana dzierżawcy, który probostwo trzyma, klucze kościelne, pieczęć, metryki i cała dyspozycja kościoła, księża mansjonarze, chociaż wieczyście instytuowani, to tylko komornicy bez zarządu kościoła i parafii.
Oprócz dochodów do probostwa należących, jest wieczyście nadany grunt na reperację organów, od Wielebnych Panien Norbertanek, a nigdy względu nie ma na organy. Słowem mówiąc, wszystko opuszczone, ponieważ nigdy nie reperowane” .
W czasie wizytacji kanonicznej parafii odbytej w 1747 r. nie zanotowano aż tak poważnych braków w utrzymaniu kościoła; być może pewne mniejsze defekty zostały zniwelowane. Przykładowo: wizytator zanotował „na kościele wiązanie dobre, dach zły” .

2. Polska upada – parafia dźwiga się z upadku. 2 poł. XVIII w.

Ks. Mateusz Błędowski, proboszcz, który niechlubnie zapisał się w dziejach parafii rusieckiej, pełnił swą funkcję aż do śmierci w r. 1774. Do tego czasu ani stan parafii ani kościoła nie polepszyły się. W 1774 r. patronka kościoła Izabela Branicka prezentowała na probostwo w Ruszczy ks. Olechowskiego, kanonika krakowskiego. Za jego sprawą zmieniono gontowy dach na kościele w 1777 r . Ks. Olechowski zrezygnował ze swej funkcji po niespełna trzech latach proboszczowania. Wobec tego kolatorka zmuszona sytuacją musiała znaleźć innego duchownego, który mógłby sprostać czekającym go wyzwaniom. W r. 1777 prezentowano na plebana ks. Wojciecha Mokronowskiego . Jego proboszczowanie przypadło na okres destabilizacji kraju spowodowanej zaborami.
Pierwszy rozbiór Polski w 1772 r. okroił obszar Rzeczypospolitej, a przez to zmienił zarówno granice diecezji, jak również wielu parafii, w tym Ruszczy. Wsie Stryjów, Chałupki, Wola i Przylasek, zostały odłączone od swojej parafii w Grabiu, która w wyniku rozbioru znalazł się w zaborze austriackim i została wcielona do nowoutworzonej diecezji tarnowskiej. Na mocy dekretu administratora diecezji krakowskiej abpa Michała Jerzego księcia Poniatowskiego, prymasa Królestwa Polskiego, z dnia 19 stycznia 1787 r. wyżej wymienione wsie, „aby bez potrzebnego w posługach duchownych i kościelnych opatrzenia nie były”, zostały przyłączone do parafii Ruszcza . Ponieważ wsie te stanowiły część klucza branickiego, Izabela Branicka, wdowa po hetmanie wielkim koronnym i patronka kościoła w Ruszczy, która dożywotnio je posiadała, w r. 1787 zawarła wieczystą ugodę z ks. Mokronowskim, proboszczem rusieckim, odnośnie pobierania dziesięcin z tych wsi należących dawniej do kościoła w Grabiu . Ks. Mokronowski otrzymał też prawo odbioru zaległych dziesięcin, nie uiszczanych dla kościoła w Grabiu od czasu dokonania pierwszego rozbioru Polski, a więc przez lat 15 . Tak więc, w wyniku tragicznego dla ojczyzny i Kościoła polskiego zaboru, parafia rusiecka powiększyła swój obszar aż o 1/3. Wiązały się z tym nie tylko wspomniane regulacje administracyjne i zyski finansowe, lecz przede wszystkim nowe wyzwania dla duszpasterstwa, które musiało objąć tak rozległy obszar.
W aktach z r. 1783 wizytator zapisał, że ks. Mokronowski dokonał wielu niezbędnych napraw w kościele, jednak zauważa konieczność dalszych reparacji, m. in.: wybudowania kruchty przed głównym wejściem do kościoła „aby na światło w kościele nie zawiewało”, dokupić mszałów, naprawić bądź wymienić szuflady w zakrystii, sprawić nową ambonę w miejsce starej spróchniałej, zabudować tarcicami chór, gdyż stare odpadają, wstawić więcej konfesjonałów odpowiednio do liczby księży, bo były tylko dwa w kościele, przelać pęknięty dzwon . Wymienione defekty dają wyobrażenie o stanie kościoła i potrzebie dokonania w nim reparacji. Widoczny jest jednak pewien postęp w stosunku do poprzedniego „opuszczenia” świątyni; zauważone ubytki stopniowo uzupełniano.
Gorzej rzecz się miała z plebanią, wikarówkami i innymi zabudowaniami gospodarczymi. Akta wizytacji kanonicznej z 1796 r., a więc dokonanej już po trzecim rozbiorze Polski, podają, że domy należące do księży: proboszcza i mansjonarzy znajdują się w złym stanie. Wszystkie budynki należące do probostwa, w liczbie jedenastu, były drewniane i zaniedbane z powodu nierezydencji ich właściciela. Dwa z trzech domów, w których zamieszkiwać mieli wikariusze określone były stwierdzeniem „zgoła od najpodlejszej wiejskiej nie rożni się chaty” . Mimo braku odpowiednich warunków do mieszkania, parafia w końcu XVIII wieku nie była opuszczona i zaniedbana. Proboszczem był wówczas ks. Kajetan Kulpiński, mający 50 lat życia i ponad 30 kapłaństwa, dziekan dekanatu proszowickiego, scholastyk kolegiaty Wszystkich Świętych w Krakowie. Był on plebanem nie tylko w Ruszczy, skierowany tutaj został w 1790 r., ale również od 1775 r. w Górce Kościelnickiej, w której też rezydował. W Ruszczy „prawie codziennie bywa dla przyległości Górki. Władza kierowania i nauczania ludu sobie powierzonego przy nim zupełna jest” . Proboszczowi w duszpasterstwie pomagali trzej wikariusze, ks. Józef Nowak, ks. Miętuszowski i ks. Jan Sropimski (Sropiński). Księża, mimo bardzo trudnych warunków lokalowych, rezydowali przy parafii zachowując celibat. „Co się tyczy starania o dusze sobie powierzone, wszelkiej przykładają usilności dokonania powinności swojej, będąc w tym przekonani, iż z rąk ich, dusz (im) powierzonych Bóg domagać się będzie, zatem nie tylko chorym, ale i zdrowym udającym się po uczestnictwo Świętych Sakramentów (udzielać) zawsze są gotowymi” . Ks. proboszcz Mokronowski podjął najpilniejsze prace remontowe w kościele, m. in. położył w prezbiterium nową, kamienną posadzkę. W nawach pozostała stara posadzka ceglana .
Przez kilkadziesiąt lat proboszczowie rusieccy zamieszkiwali plebanię w Górce, która to parafia również była powierzona ich pieczy. Miało to swoje dobre i złe strony. Dobrą było to, że sąsiedztwo z Górką pozwalało na łatwy kontakt z parafią rusiecką. Złą zaś to, że przez ponad sto lat, mimo ciągle naglącej potrzeby, nie podjęto się budowy nowej plebanii w Ruszczy. Ponadto, kolejni proboszczowie zmuszeni byli do administrowania właściwie aż trzema parafiami jednocześnie: Ruszczą, Górką Kościelnicką i większą częścią dawnej parafii Grabie. Wobec tego faktu, ciężar duszpasterstwa parafialnego spoczywał w bardzo dużej mierze na barkach wikariuszy. Do ich zadań należało uczenie dzieci, choć przy parafii nie było wówczas żadnej szkoły. Stąd też liczba uczniów była znikoma – 5 osób. Księża opiekowali się także szpitalikiem, którego budynek był w złym stanie. Leczyło się w nim 4 chorych.
Za proboszczowania ks. Kulpińskiego założono nowy cmentarz w Ruszczy, najpewniej na gruntach plebańskich. Stary, przykościelny cmentarz nie był w stanie dalej spełniać swojej roli z powodu braku miejsca na pochówki. Na nowym cmentarzu spoczął ks. Kulpiński, który zmarł na puchlinę wodną w 1803 r .
W parafii, pomimo jej rozległego obszaru, nie było publicznej kaplicy. W Wyciążu, które było dobrem kapituły katedry krakowskiej, była kapliczka we dworze, ale od ok. 10 lat nie odprawiano w niej żadnych nabożeństw. Wizytator wydał bardzo pozytywną opinię o wiernych „stąd mogą być pochwaleni parafianie tutejsi, że artykuły wiary św. umieją, z katechizmu dobrze odpowiadają. Różaniec, Godzinki i pieśni nabożnie śpiewają, licznie się i regularnie na nabożeństwa gromadzą, wielu z nich czytać umieją. Publicznych grzeszników, bluźnierców, jawnogrzeszników, pogorszycielów w obrębie tej fary z łaski Boga nie masz. Lud tu prosty, Boga się jednak bojący i zachowujący Prawa Jego. Jeżeli zaś trafi się jakowy z ułomności ludzkiej przypadek, to zwierzchność dworska wchodzi w to i karze” .

3. Jan Klemens i Izabela Braniccy jako patronowie kościoła

W poprzednich rozdziałach opisałem pokrótce drogę awansu społecznego Branickich, którzy bogacąc się weszli do grona magnaterii. Przenosząc się do coraz wspanialszych rezydencji – w Tyczynie, Tykocinie, Warszawie, czy w końcu do Białegostoku – coraz bardziej zapominali o swoim gnieździe rodowym. Pozostawali jednak nadal patronami kościoła. Przypomnijmy: prawo patronatu, zgodnie z Kodeksem Prawa Kanonicznego z 1917 r., były to prawa i obowiązki, jakie przysługiwały fundatorowi i jego dziedzicom względem beneficjum kościelnego z racji przekazania gruntu pod kościół i uposażenia na jego utrzymanie oraz wybudowania świątyni . Nieodłącznym elementem prawa patronatu, który określał jego społeczne znaczenie, było prawo prezenty (przedstawienia) duchownego na beneficjum do zatwierdzenia odpowiedniej władzy duchownej. Do najważniejszych obowiązków patronów należało przekazywanie duchownym wyznaczonego w dokumencie fundacyjnym uposażenia oraz dbanie o budynek i wyposażenie kościoła .
Ostatni z Gryfitów, Jan Klemens Branicki, mimo iż tytułował się hrabią na Branicach, Ruszczy, Tykocinie i Tyczynie, to dobra te traktował jako drugorzędne. Powierzał bowiem zażądanie nimi swoim pełnomocnikom, a w razie potrzeby zastawiał je za swoje długi. Tak też się stało w r. 1750, kiedy to Józef Stadnicki pożyczył Janowi Klemensowi znaczną sumę pieniędzy pod zastaw Ruszczy i Branic. Branicki nie zdołał tych dóbr wykupić i był zmuszony odstąpić wadium Stadnickiemu . Ten najwidoczniej nie obchodził się z tymi włościami odpowiednio, gdyż tutejsi chłopi pisali skargi na niego. Z kolei w 1754 r. Stadnicki jako posesor zastawny Branic i Ruszczy zwrócił się do Józefa Kurdwanowskiego, przedstawiciela Branickiego, dowodząc, że skargi poddanych przeciwko niemu jako dzierżawcy są niesłuszne .
Pomimo alarmujących wieści, hetman wykupił dobra Branickie z zastawu dopiero w 1761 r., a i to nie stanowiło końca problemów . Pod r. 1762 natrafiamy na wzmiankę o jakimś układzie w sprawie tych dóbr, zawartym miedzy Branickim a niewiadomymi osobami . W tymże roku Jan Klemens Branicki wysłał do Branic swojego przedstawiciela Stanisława Goczałkowskiego, który miał wyegzekwować odzyskanie swoich dóbr wykupionych z zastawu u Stadnickiego. Jednakże Stadnicki nie chciał ich opuścić, co więcej nadal uzurpował sobie prawo do ich posiadania . W 1764 r. dobra branickie pozostają jeszcze w zastawie Stadnickiego. Poddani hetmana po raz kolejny wnoszą doń skargi przeciwko uzurpatorowi, ten zaś ponownie tłumaczy się przed przedstawicielem Branickiego . Józef Stadnicki, posesor zastawny klucza branickiego, był człowiekiem często wchodzącym w konflikt z prawem i z hierarchią kościelną. Był on właścicielem Wielkiej Wsi i Serafinowic w Tarnowskiem. W latach 1714, 1747, 1752 i 1760 dochodziło do procesów o dziesięciny dla kościoła wojnickiego, a w 1759 z tego powodu Stadnicki wraz z chłopami obu swoich wsi zostali ekskomunikowani . Hetman Branicki, który ze względu na cześć przodków zmienił swoje imię z Jan Kazimierz na Jan Klemens i który używał tytułu hrabi na Branicach i Ruszczy, nie dbał zbytnio o dobro starodawnej siedziby swego rodu.
Znamienne, że Jan Klemens Branicki wymienił w testamencie wyłącznie wyposażenie pałaców w Białymstoku, Warszawie i Choroszczy. Widocznie w pozostałych siedzibach hetmana nie było szczególnie cennych mebli, obrazów czy innych przedmiotów. Nic zatem dziwnego, że zarówno w inwentarzu dóbr dziedzicznych i zastawnych, jak i w inwentarzu dóbr królewskich nie zostały spisane ruchomości znajdujące się w dworach w Krakowie, Branicach, Tyczynie i in. Chłopi cierpiący biedę, spustoszone dwory – to smutny obraz opuszczenia swego dziedzictwa przez ostatniego z hrabiów Branickich.
Wdowa po hetmanie, Izabela z Poniatowskich, wspominała: „Miałam lat osiemnaście, kiedy szłam za mąż, hetman przeszło sześciesiąt, co nie przeszkadzało – dodawała z uśmiechem – że do końca życia stanowiliśmy bardzo dobraną parę. Takt, rozum, wychowanie, wiele rzeczy zastąpić może, a hetman, którego wy młodzi nie znaliście, był uosobieniem dawnej naszej rycerskości” .
Ponieważ Izabela Branicka była jeszcze młodą osobą, pozostali spadkobiercy hetmana obawiali się, żeby dobra rodowe nie przeszły w obce ręce na skutek jej kolejnego małżeństwa. W zapisie o dożywotnim posiadaniu dóbr zawarto więc klauzulę, iż w razie ponownego zamążpójścia Izabela utraci prawo do spadku. Poślubiła więc potajemnie generała Andrzeja Mokronowskiego (1713 – 1784), starostę ciechanowskiego, który był częstym gościem w Białymstoku, a z którym związała się jeszcze za życia Branickiego. Przeżywszy obu swoich mężów Izabela dożywała swych lat wśród spadkobierców hetmana, oczekujących niecierpliwie na objęcie schedy. W 1790 r. oddała dobra klucza branickiego (Branice, Chałupki, Holendry, Przylasek Rusiecki, Ruszcza, Stryjów i Wola Rusiecka) w dzierżawę Stanisławowi Badeniemu (1746 – 1824), regentowi koronnemu kancelarii mniejszej . Izabela, choć jej możliwości działania były ograniczone, w przeciwieństwie hetmana, dbała o dobro swoich poddanych. Dlatego też przejęła się niedolą czterech wsi odłączonych od parafii Grabie i wystarała się u swego brata księcia prymasa Poniatowskiego o przyłączenie ich do parafii Ruszcza.
Ostatecznie klucz branicki został sprzedany przez spadkobierców ostatniego Gryfity Marcinowi Badeniemu (1751 – 1824), bratu Stanisława, w 1801 r. Tym samym starodawne gniazdo rodowe Gryfitów – Ruszcza i Branice – stało się dziedzictwem Badenich .



: Reklama : Patronat : Autorzy : Copyright 2004 - 2009 © NHMZ : v3.3 :